josip prowadzi tutaj blog rowerowy

Trening szosowo-terenowy

d a n e w y j a z d u 58.20 km 20.00 km teren 02:06 h Pr.śr.:27.71 km/h Pr.max:42.70 km/h Temperatura:28.0 HR max:168 ( 88%) HR avg:139 ( 73%) Podjazdy: m Kalorie: 1704 kcal Rower:Lover
Poniedziałek, 6 sierpnia 2012 | dodano: 06.08.2012

Właściwie to miała byś sama szoska ale po zmianie kierunku, wpierw w Krzyżownikach a potem w Kórniku, okazało się, że konkretnie wieje z południowego-zachodu i nie utrzymam fajnej średniej:-)
Wielofunkcyjność to jednak wielki plus górala.

Duszno, szybko opadłem z sił.


Good bikes!


Kategoria 50-100

Mściszewo

d a n e w y j a z d u 63.20 km 30.00 km teren 02:29 h Pr.śr.:25.45 km/h Pr.max:36.30 km/h Temperatura:27.0 HR max: (%) HR avg: (%) Podjazdy: m Kalorie: kcal Rower:Lover
Sobota, 4 sierpnia 2012 | dodano: 04.08.2012

Taka pętelka, którą niedawno opracowałem. Wygląda to tak:
Dom - Szelągowska - Os. Wilczy Młyn - Rubież - Nadwarciański - Promnice - Mściszewo - Murowana Goślina - Bolechowo - Biedrusko - Suchy Las - Góra Moraska - Sobieskiego - Mieszka - Garbary - Dom.

Na Szlaku Nadwarciańskim wyprzedzałem jakiś rajd czy piknik rowerowy. Dżizas jaki oni wolno jechali, ale oczywiście całą szerokością ścieżki, parami. Niby ludzie poubierani w kolarki i koszuli rowerowe ale tempo mieli niewiększe niż 13-15 km/h. A było ich bodaj ze 100 osób. Ładnych kilka minut zajęło mi przedzieranie się przez ten peleton: "Uwaga, z lewej jadę", "Lewa wolna, proszę", "Uwaga, środek".
Niby fajnie, że się ludzie usportawiają ale trochę mnie jednak to śmieszy. Zajedzie taka ekipa te 20 km z Poznania do np. Biedruska tempem naprawdę spacerowym, tam obje się grilla, grochówki i placków drożdżowych ale wszyscy będą z siebie dumni jak to aktywnie spędzili czas i w ogóle są eko-cyklo-trendy:-):-)
Podobnie jak na Radiu Merkury cały tydzień się podniecali "grupą śmiałków", która pojedzie na Woodstock rowerami i pokona dystans 250 km w... 5 dni:-)


Good bikes!


Kategoria 50-100

Urban riding

d a n e w y j a z d u 42.00 km 0.00 km teren h Pr.śr.: km/h Pr.max:0.00 km/h Temperatura: HR max: (%) HR avg: (%) Podjazdy: m Kalorie: kcal Rower:Merida
Piątek, 3 sierpnia 2012 | dodano: 04.08.2012

W środę: do pracy i na badania lekarskie na Serbską. Ogólnie jest dobrze - cholesterol idealnie w normie, ciśnienie trochę spadło od ostatniego razu (140/90) a tętno.. Lekarka tylko spytała: "Miewa Pan omdlenia? A może jakiś sport Pan uprawia?:)".
Spoczynkowe 51. A ja jej na to, "że to nie takie do końca spoczynkowe bo na rowerze tu przyjechałem". I że problemów z omdleniami nie mam:).

W czwartek: do roboty a potem z córą w foteliku do nowej księgarni małżonki na Kopernika. Okazuje się, że jak rower waży 40 kg to i w Poznaniu znajdą się podjazdy na młynek, he he.

W piątek: już tylko do roboty i z powrotem.


Good bikes!


Kategoria Commuter

Dojazdy do pracy

d a n e w y j a z d u 16.00 km 0.00 km teren h Pr.śr.: km/h Pr.max:0.00 km/h Temperatura: HR max: (%) HR avg: (%) Podjazdy: m Kalorie: kcal Rower:Merida
Wtorek, 31 lipca 2012 | dodano: 01.08.2012


Kategoria Commuter

Rozjeździk po Challenge'u

d a n e w y j a z d u 40.10 km 6.00 km teren 01:31 h Pr.śr.:26.44 km/h Pr.max:38.00 km/h Temperatura:21.0 HR max: (%) HR avg: (%) Podjazdy: m Kalorie: kcal Rower:Lover
Wtorek, 31 lipca 2012 | dodano: 31.07.2012

Ależ fajnie noga kręci:) Bez żadnej napinki jechałem sobie 29-31 km/h po asfalcie. Co prawda, jak depnąłem na wiaduktach to dość szybko czułem zadyszkę ale nie wiem na ile to sprawa zmęczenia po etapówce a na ile stanu zapalnego ósemki i zatkanego ucha...

Wyjechałem z domu wheelerem ale po przejechaniu 300 m. słyszę, że coś wali o tylny hamulec. W pierwszej chwili myślałem, że się klocki obróciły przy wyjmowaniu koła i trą o oponę. Jednak po bliższej inspekcji okazało się, że felga jest wygięta, jakby odłamana w jednym miejscu! Meridę katowałem niemiłosiernie przez 6 dni w górach i poza lekkim rozcentrowaniem nic się z kołem nie dzieje. Wheeler stał sobie w piwnicy i aż mu koło pękło od tego stania:). I bądź tu Panie mądry... Czy to możliwe żeby obręcz strzeliła od ciśnienia? Fakt, że nabiłem prawie do 4 barów bo się na szoskę nastawiałem.


Good bikes!


Kategoria 20-50, MTB szosami

Sudety MTB Challenge: Walim - Kudowa

d a n e w y j a z d u 76.50 km 55.00 km teren 05:03 h Pr.śr.:15.15 km/h Pr.max:56.00 km/h Temperatura:29.0 HR max: (%) HR avg: (%) Podjazdy: m Kalorie: kcal Rower:Lover
Piątek, 27 lipca 2012 | dodano: 01.08.2012

DZIEŃ 6: Walim - Kudowa Zdrój

" title="Sudety MTB Challenge 5 etap Walim-Kudowa" width="720" height="479" />

Sudety MTB Challenge 5 etap Walim-Kudowa © Josip


nocleg: znowu obskurna szkoła w Kudowie. Z wyżywieniem też zonk bo załapujemy się dosłownie na resztki obiadu w restauracji a sporo osób musiało się obejść smakiem (sic!). Na szczęście potem był grill na bankiecie a tam jadła do oporu.

wynik: 5:06:00, 84 (197) open, 57 (133) solo

dystans oficjalny: 82,5 km, 2407 m. przewyższenia

opis:
Wreszcie udany atak na pierwszą setkę!:) Ale po kolei...
Ostatni etap, niby teraz człowiek to już nawet na oparach dojedzie ale ranek jest ciężki. Od razu widać, że będzie niezła patelnia i największym problemem może być tego dnia upał i słońce.
Na szczęście trasa zostaje nieznacznie zmodyfikowana, żeby ominąć jakiś bardzo błotny fragment na samym początku i potem hardcorowy zjazd na szlaku granicznym. Org zdaje sobie sprawę, że ludzie są już wykończeni i nie chce ryzykować.

Start leniwy, delikatnie mówiąc. Zaraz za Walimiem rozpoczyna się bardzo stromy asfaltowy podjazd do Sierpnicy. Na szczęście szybko łapię rytm i przesuwam się na "swoje" miejsce w stawce. Potem następuje zjazd a ja, o dziwo, nie tracę pozycji. Zjeżdżamy do Głuszycy i znowu w górę pod ruiny zamku Rogowiec. Te trasy są mi znane z zeszłorocznych wakacji.

Upał niebywały a ja przekonuję się, że założenie chusty pod kask było genialnym posunięciem. Wreszcie pot nie szczypie mnie w oczy a głowa nie gotuje się jakoś bardziej niż bez kasku.

Na pierwszy bufet zajeżdżam razem z chłopakami z Chodzieży ale potem mi odchodzą. Szlak graniczny jest jednak znacznie bardziej przejezdny niż ten ze środy. Chociaż fakt, że 2 zjazdy są wyjątkowe stromo. Na jednym z nich nie schodzę z roweru tylko dlatego, że nie schodzi też jadący przede mną Duńczyk. Potem bardzo chcę zejść ale nie wiem jak to zrobić:) Tracę panowanie nad rowerem, lecę prosto na słupek graniczny. Jedyna opcja to odbicie w prawo w chaszcze, gdzie nie mam pojęcia co się kryje. Może kamień? Może dół? Ryzyk fizyk, puszczam hample, tyłek za siodło i tylko się modlę. Ufff... sama trawa.

Potem jest jeszcze zjazd singlem przez pokrzywy, gdzie nic nie widać i który nagle kończy się w potoku. Very tricky:)

Za drugim bufetem jedziemy asfaltami obniżeniem między Górami Suchymi a Stołowymi. Za Tłumaczowem ostry podjazd, jadę sam, wyprzedzam kilku zawodników. Kawałek za Radkowem dochodzi mnie silny pociąg złożony z 2 Belgów i 3 Veloclubbersów z Estonii. Łapię koło i nie puszczam:) Nie wiem czy to bliskość mety ale jakoś ten etap przeżyłem bez większego kryzysu.

Ostatni dłuższy podjazd jest w Czechach, wspinamy się do granic Parku Narodowego Gór Stołowych. Widoki są genialne, szczególnie na Strzeliniec.

Gdzieś tam na łące stojąca przy trasie kobieta rzuca do mnie: "ejti-fajw". What 85? You are 85. Really?, not bad! Yes, it's not bad:-)

No to nieźle. Za moment bufet, gdzie dowiaduję się, że teraz to już tylko z górki. Hmmm, trochę inaczej rozumiałem definicję wyrażenia "z górki", myślę sobie, pchając rower w górę zbocza kawałek dalej, he he.

Ale rzeczywiście, do mety w większości już zjazdy. Wpierw drogą 'stu zakrętów', potem krótki podjazd do czerwonego szlaku i stamtąd już do mety pod prąd trasy prologu.

Na sam koniec org wymyślił jeszcze ściankę i zjazd po schodach. Bez sensu ale przynajmniej dzięki temu wyprzedzam grupę Estończyków, którzy czekają na swojego sprowadzającego rower kolegę.

I wreszcie ostatnie prosta. Radocha jest ogromna. Tak z ukończenia, jak i z wyniku na tym etapie. Łapy tryumfalnie do góry, jak bym wygrał TdF.

Na mecie dostaję koszulkę Finishera i piwo, zaczynają zjeżdżać się koledzy. Każdy szczęśliwy, każdy dzisiaj z wyjątkowo dobrym wynikiem. Wychodzi na to, że wzorcowo rozłożyliśmy siły, he he.

Wieczorem bankiet i mała imprezka z Mariuszem, Markiem, Jankiem, Wojtkiem, Januszem i Igą - w końcu nie co dzień człowiek kończy Challenge, trzeba to było oblać.

Zajebista przygoda taki Challenge ale też i wymagający wyścig. I nie chodzi tu tylko o codzienny wysiłek ale i o logistykę, rozpakowywanie i pakowanie się każdego dnia, umiejętność wyspania się w ciężkich warunkach, zadbanie o sprzęt itp. Tę etapówkę trzeba traktować w kategoriach wyprawy.

No dobra, dość tego pitu-pitu. Mój ostateczny wynik to:

czas: 28:42:45

miejsce solo: 70/130 (+ 15 DNF)

strata do zwycięzcy (Erik Knudsen, Dania): 9:07:31


Good bikes!


Kategoria Góry, Maraton, 50-100

Sudety MTB Challenge: Złoty Stok - Walim

d a n e w y j a z d u 70.10 km 65.00 km teren 05:21 h Pr.śr.:13.10 km/h Pr.max:60.40 km/h Temperatura:27.0 HR max: (%) HR avg: (%) Podjazdy:2481 m Kalorie: kcal Rower:Lover
Czwartek, 26 lipca 2012 | dodano: 31.07.2012

DZIEŃ 5: Złoty Stok - Walim

nocleg: szkoła w Walimiu. Najlepsza miejscówka na trasie i to pod każdym względem! Czysto, wszystko na miejscu, mała kolejka do prysznica, sala gimnastyczna (na której spaliśmy) poprzedzielana kotarami, świetne jedzenie i to w takich ilościach, że po raz pierwszy nie poszliśmy już dojeść:). Sam Walim też mi się bardzo podobał, niezwykle klimatycznie położone miasteczko. Może i trochę zaniedbane ale to mu tylko dodaje uroku.

wynik: 5:42:05, 107 (198) open, 69 (131) solo

dystans oficjalny: 68,7 km, 2481 m. przewyższenia

opis:
Oj, nie chciało się rano wstawać i przebierać w ciuszki kolarskie. Do sektora wchodzę razem z chłopakami niemal na samym końcu. Mam plan zacząć spokojnie i równomiernie rozłożyć siły.

Pierwsze 2 km podjazdu rzeczywiście jakieś takie ociężałe są ale i tak przesuwam się w górę stawki. Jednak bardzo szybko łapię rytm i kręcę jak to zwykle na początku etapu, czyli dosyć mocno. Szczególnie, że trasa jest jakby pode mnie - szybka, szutrowa, pełna długich ale łagodnych podjazdów i niezbyt wymagających technicznie zjazdów. Do tego świetne widoczki.

W nieco ponad godzinkę jesteśmy już koło Barda. Taa, trzeba tylko do niego zjechać stromym kamienistym szlakiem. Na początku trochę sprowadzam ale potem już jadę. Udaje się zjechać bez gleby ale nie wszyscy mieli tyle szczęścia. jeden zawodnik tak przygrzał głową w kamień, że aż mu kask pękł, z kolei nasz kolega Piotr z Krakowa konkretnie się poobijał i cały w sińcach ledwo potem ukończył etap.

Za Bardem kręci mi się ciężko, to najtrudniejsze momenty na tym etapie. Trasa, oprócz jednego bardzo stromego singla, nie jest jakoś szczególnie wymagająca, to ja mam po prostu mały kryzysik. Zaczynam z tęsknotą wypatrywać akweduktu na 42-gim kilometrze.

W końcu jest. Szerokość 2,5 metra okazuje się nie być wcale taka mała ale nie wiedziałem, że będziemy tam jechać z górki, 45 km/h. Nawierzchnia żwirowa więc naprawdę lepiej nie hamować:). Za wiaduktem stoi Grzegorz i kieruje nas w dół jakimś urwiskiem. Wymiękam, sprowadzam. Org instruuje mnie, żebym zrobił miejsce bo inni zjadą. Jasne, już się odsuwam:). Rzeczywiście jadą ale glebią, he he.

Bufet a za nim asfaltowy podjazd i genialna ścieżka wokół twierdzy Srebrna Góra. Widokowo jest to na pewno najlepszy etap tej edycji. Trasa prowadzi dalej czerwonym szlakiem granią Gór Sowich, przejeżdżamy oczywiście przez wszystkie najwyższe szczyty, m.in. Kalenicę z wieżą widokową, na której byłem rok temu z rodzinką.

W dwóch miejscach jest na tyle stromo, że podjazd zmienia się w podejście. Niby do wjechania ale w 5-tej godzinie wysiłku, nie ma sensu już się katować beztlenem.

Podjazd na Wielką Sowę jest mi dobrze znany z maratonów w Głuszycy. Nowością jest fakt, że tym razem jest sucho i całość udaje się wjechać w siodle! Zjazd, który jeszcze 2 lata temu wydawał mi się karkołomny, teraz robię lekką pytą:). Gorzej jest na technicznym i stromym zjeździe z Małej Sowy. Skończył mi cię prawie całkiem tylny hamulec i za mocno hamuję przednim. Do tego dochodzi zmęczenie. W efekcie aż 2 razy zaliczam OTB przez zablokowanie przedniego koła na kamieniu lub korzeniu. Na szczęście dzieje się to na małej prędkości więc nic poważnego sobie nie zrobiłem ale niestety przegoniły mnie tam 3 osoby.

I jeszcze mało brakowało abym na ostatnim kilometrze, mknąc jakieś 50 km/h asfaltem w dół, władował się w Pawła Urbańczyka (jechał w mixie z Katarzyną Sową), któremu spadł łańcuch i dość niefortunnie zatrzymał się niemal na środku drogi.

Na szczęście jakoś go ominąłem, jak i szykany rozstawione złośliwie przed samą metą. Dziś znowu finiszuję pierwszy z Goggli choć Mariusz tym razem był blisko, strata około 20 minut.

Zmęczony ale szczęśliwy wysyłam smsa do bliskich, że „zaczynam wierzyć w ukończenie tego kurewstwa”:)


Good bikes!


Kategoria Góry, Maraton, 50-100

Sudety MTB Challenge: Stronie Śląskie - Złoty Stok

d a n e w y j a z d u 57.20 km 53.00 km teren 05:23 h Pr.śr.:10.63 km/h Pr.max:44.30 km/h Temperatura:25.0 HR max: (%) HR avg: (%) Podjazdy:2267 m Kalorie: kcal Rower:Lover
Środa, 25 lipca 2012 | dodano: 31.07.2012

DZIEŃ 4: Stronie Śląskie - Złoty Stok

nocleg: szkoła w Złotym Stoku. W sumie nie najgorzej ale, że przyjechałem dość późno to wolne miejsce było już tylko na korytarzu...
Za to jedzenie bardzo dobre i obfite. Co nie przeszkodziło nam wybrać się jeszcze pod wieczór do pizzeri na makaron. To jest szok ile człowiek je na takim Challenge’u.

wynik: 5:46:09, 129 (201) open, 84 (133) solo

dystans oficjalny: 56,6 km, 2267 m. przewyższenia

opis:
Od początku czułem, że to będzie ciężki etap... Niby krótki ale trasa poprowadzona w większość technicznymi singlami, aż 25 km szlaku granicznego. Do tego dzień wcześniej pojechałem chyba trochę za mocno, no i było duszno. Nie gorąco, pochmurnie i nawet momentami pokropiło ale duszno. A to mi wyjątkowo nie służy.

Pierwszy podjazd szutrem poszedł jeszcze jako tako, znowu powyprzedzałem dobrych zjazdowców. I potem tylko słyszałem jak Belgijka krzyczy” On your left!” czyli „spadaj na prawo, parówo”:) Tak w wolnym tłumaczeniu.

Już na drugim podjeździe gorzej mi się kręciło a szlak graniczny to stopniowa utrata pozycji, sił i animuszu. Do tego, było coraz gorzej. Początkowe podjazdy jeszcze w siodle, na zjeździe flow jak w Rychlebach. Ale potem z każdym kilometrem więcej korzeni, kamieni, dreptania i głupich gleb na płaskim.

Objawy kryzysu są typowe - rzucam kurwami, złorzeczę na Golonkę, gadam do siebie na głos, że przecież „mi to wcale nie sprawia przyjemności”:), itp. Na szczęście nie ma takiej czarnej d..., z której nie dałoby się wyjść a każdy szlak graniczny się kiedyś kończy. A ten się dodatkowo skończył fajnym zjazdem po łące i bufetem z arbuzami.

Podjazd na Borówkową (Bluberry Mountain) wszedł w miarę gładko, na zjeździe rączki bolały ale w sumie niewiele się on różnił od poprzednich na trasie. Potem ostatni podjazd na Jawornik Wielki (Great Sycamore wg książeczki, ale miałem z tego polew, he he), też w większości w siodle, bo dostrzegłem z tyłu Jarka Wójcika, który wcześniej złapał kapcia. Byłoby głupio gdyby mnie masters (rocznik 1960) objechał nawet po defekcie. No i ostatecznie nie objechał.

Zjazdu z Sykamora też oczywiście nie mogli poprowadzić normalną (czytaj: szybką i możliwą do zjechania) drogą jak na maratonie w Złotym tylko jakimiś chęchami i zaskakującymi ściankami (w ostatniej chwili się wypiąłem a np. Marek zaliczył tam nieprzyjemną glebę). Na 2 km przed metą mijam Holendra, który szedł z buta. Pytam się „What happened?”. Złamał nadgarstek ale twierdzi, że nie potrzebuje pomocy i dojdzie sam do mety. No to ok., jadę dalej.

O dziwo dziś też przyjechałem jako pierwszy z teamu ale np. Kłosiu zerwał łańcuch. Poza tym, przewaga nad chłopakami tego dnia była niewielka. Czas - blisko 6 h na 57 km to jakaś masakra jest!! Najkrótszy ale zdecydowanie najcięższy etap tego wyścigu.

Przy kolacji obok siedział Grzegorz i powiedziałem mu, że ta trasa to już było lekkie przegięcie, tym bardziej, że wiele razy słyszałem na trasie taką opinią, wyrażaną po polsku, po angielsku czy po hiszpańsku. Zareagował dość ostro, że „wreszcie była taka jak powinna być” i dalej w stylu ‘pure MTB esencja’. Nie chciało mi się dyskutować ale potem chyba mu rura zmiękła bo przed ostatnim etapem ostro pokłócił się z Weną (Czech od wytyczania tras) w temacie ominięcia jakiegoś hardcorowego odcinka. Czech nie chciał ustąpić więc wqrwiony org sam wyruszył w teren przestawiać strzałki:).


Good bikes!


Kategoria Góry, Maraton, 50-100

Sudety MTB Challenge: Kraliky - Stronie Śląskie

d a n e w y j a z d u 77.80 km 65.00 km teren 05:08 h Pr.śr.:15.16 km/h Pr.max:66.20 km/h Temperatura:26.0 HR max: (%) HR avg: (%) Podjazdy:2571 m Kalorie: kcal Rower:Lover
Wtorek, 24 lipca 2012 | dodano: 31.07.2012

DZIEŃ 3: Kraliky - Stronie Śląskie

nocleg: Sala sportowa, 50 osób w jednym pomieszczeniu. Na szczęście jest schludnie, poza tym lepiej niż się spodziewałem, tylko na początku strasznie duszno i gorąco.
Wyżywienie w Siennej, co ma tę dobrą stronę, że mogę bez problemu odwiedzić Paszków. Wojtek pożycza mi zwijany materac gąbkowy bo na samej karimacie jest mi jednak za twardo. To będzie przełom jeśli chodzi o moje wysypianie się, he he. Minusem jest logistyka (transport busem i autokarem) oraz to, że porcje na obiad były wyliczone i trzeba było jeszcze potem dojeść kebabem przy basenie. Za to śniadanko było na bogato i pierwszy raz na ciepło - paróweczki, jajecznica, szmery-bajery:).

wynik: 5:19:28, 102 (206) open, 63 (137) solo

dystans oficjalny: 79,2 km, 2571 m. przewyższenia

opis:
Rano czuję się dobrze. Po wczorajszym pechowym etapie, nastrój mam bojowy - jak odrabiać straty to teraz. Trasa pokrywa się w sporej mierze z maratonami w Międzygórzu i Stroniu a więc leży mi, poza tym - to prawie moje tereny:).

Po starcie od razu mocno cisnę na pedały i szybko przesuwam się w górę stawki. Długi asfaltowy podjazd na średnią tarczę, to coś w czym josipy czują się mocne:). Gdy jednak zaczyna się zjazd, znowu następuje bolesna weryfikacja mojego miejsca w peletonie. Wyprzedza mnie kilkanaście osób, w tym kobiety, które dosłownie skaczą nad przeszkodami. Ale i tak na asfalcie udaje się wyciągnąć blisko 70 km/h.

Pierwszy bufet za Jodłowem już na podjeździe na Śnieżnik omijam. Niepotrzebnie, krótko potem łapie mnie mały kryzys, muszę się zatrzymać i schłodzić głowę w strumieniu. W dodatku - znowu ten pot szczypie w oczy.

Zjazd czerwonym od schroniska, podobnie jak 2 tygodnie temu, poszedł mi całkiem nieźle. Po drodze dużo kibiców, w tym dzieciaki z wycieczek szkolnych, które dodatkowo się ożywiają, jak słyszą, że jestem z Polski. Fajny klimacik.

Drugiego bufetu na Polanie pod Śnieżnikiem już nie omijam ale też nie zatrzymuję się tam na dłużej. Potem zjazd „tarką” gdzie tradycyjnie widać pechowców z kapciami. Zawodnikowi przede mną kamień podbija tylne koło przy prędkości 50 km/h. Wyglądało to dość makabrycznie ale na szczęście się nie wygrzmocił.

Zielony szlak graniczny tym razem jest całkiem spoko ponieważ ścieżka zdążyła podeschnąć. Cały czas tasuję się z mocną Dunką Cecilie Overbye. Ja jestem od niej minimalnie mocniejszy na podjazdach, za to ona fantastycznie zjeżdża. Na technicznym singlu w dół do Nowej Morawy śledzę jej tor jazdy i udaje się utrzymać koło:). Nie do wiary, jadąc sam pewnie bym sprowadził w paru miejscach.

Ostatni bufet a za nim wyniszczająca, przedostatnia dziś wspinaczka Drogą Marianny na Przełęcz Suchą. Jest stromo, stary bruk strasznie nierówny a na domiar złego - słońce pali niemiłosiernie w czerep. W paru miejscach podprowadzam, jak wszyscy dookoła.

Na szczycie kawałek asfaltem i w miarę po równym dla złapania rytmu i oddechu, po czym kolejny zjazd. I znowu zaskoczenie bo jest technicznie, po korzeniach i kamlotach a nie szutrami. Do Dunki dołączył teraz również Katalończyk (ten od imbusa wczoraj) i znowu mam lekcję z serii „jak to się robi”, w dodatku gratis.

Trochę mi co prawda jednak uciekają ale doganiam ich na ostatnim podjeździe. Nagle niewiele przed sobą dostrzegam Ewelinę Ortyl, która w tym sezonie raczej mi wkładała po 20-30 min. Mam więc dodatkową motywację, żeby jeszcze wycisnąć trochę mocy ze zmęczonych nóg.

Przeganiam ją oraz jej partnera z teamu mix na ostatnim zjeździe rynną tego dnia. Potem jeszcze tylko fantastycznie mknięcie łąką w dół do Młynowca (znowu inny wariant niż na ostatnim maratonie, fajnie!) i ostatni kilometr asfaltem do Stronia.

Na metę wjeżdżam naprawdę wypompowany, muszę się położyć na 15 min. Ale z wyniku jestem bardzo zadowolony, aż blisko 40 min. przewagi nad Kłosiem, reszta kolegów jeszcze dalej.
Pozycja team leadera odzyskana ale kosztowało mnie to sporo wysiłku. Następnego dnia przyjdzie za to zapłacić...


Good bikes!


Kategoria Góry, Maraton, 50-100

Sudety MTB Challenge: Kudowa - Kraliky

d a n e w y j a z d u 87.00 km 75.00 km teren 05:40 h Pr.śr.:15.35 km/h Pr.max:51.90 km/h Temperatura:24.0 HR max: (%) HR avg: (%) Podjazdy:2277 m Kalorie: kcal Rower:Lover
Poniedziałek, 23 lipca 2012 | dodano: 30.07.2012

DZIEŃ 2: Kudowa Zdrój - Kraliky

nocleg: Kraliky, szkoła. Bardzo przyjemnie, wrażenie robi w szczególności kompleks sportowy z nowiutkim stadionem i tartanową bieżnią.
Jedzenia sporo ale jest takie sobie - makaron z sosem i mięso bez smaku, które okazuje się nie być mięsem tylko sojąJ

wynik: 6:07:27, 155 (209) open, 97 (139) solo

dystans oficjalny: 88,2 km, 2277 m. przewyższenia

opis:
Pierwszy etap więc w sektorach jeszcze śmichy-chichy a także pewna niepewność - co to będzie? Po starcie czuję, że nie jest źle, noga ładnie kręci pod górę a ja przesuwam się w górną połowę stawki (zapewne gdzieś pod koniec pierwszej setki). Koledzy z teamu, w tym Kłosiu, zostają z tyłu. Pierwsze zjazdy i już widzę, że lekko na tym Challenge’u nie będzie. Jest stromo i błotniście, a ja nie schodzę z roweru tylko dlatego, że wszyscy dookoła (w tym kobity) zostają w siodle. Ogólnie to rzecz dość symptomatyczna dla całej tej etapówki - ludzie, którzy podjeżdżają podobnie jak ja, lub nawet gorzej, są ode mnie znacznie szybsi na zjazdach. Będzie się od kogo uczyćJ

No dobra, zjazd się kończy a tu kolejka, ciekawe... Okazuje się, że trzeba wejść do rzeki i to nie po to żeby ją przejechać tylko po to, żeby... pojechać z nurtem. Hmm, myślałem, że wzdłuż rzeki to tylko mosty w Wąchocku budująJ W sumie to niegłupie rozwiązanie bo dzięki temu możemy w tunelu przekroczyć ruchliwą i niebezpieczną DK 8 z Kudowy do Kłodzka. Jest ciepło, więc buty wyschną, zresztą i tak do końca etapu jeszcze dłuuuga droga.

Niedaleko za rzeczką mega stromy podjazd asfaltem, nachylenie jak na Przełęczy Karkonoskiej, tylko nawierzchnia lepsza. Dalej równie stromo ale na łączce. Nie lubię takich podjazdów - nierówne podłoże strasznie wybija mnie z rytmu. Do tego dochodzi problem znany mi już z innych maratonów - pot z czoła spływa do oczu i szczypie tak, że muszę się zatrzymać. Tracę kilka pozycji (przyp. red. - dopiero na ostatnim etapie zaryzykowałem zagotowanie mózgu i założyłem chustę pod kask. Efekt był rewelacyjny i tylko pytanie czemu tak późno?).

Dalej wjeżdżamy w las i na szlak graniczny. Jest płasko ale grząsko, co chwila błoto. Jedzie się bardzo ciężko, znowu jestem przeganiany. Niby błoto jest dla wszystkich takie samo ale mi jakoś szczególnie ono nie służy. Podejrzewam, że to też wychodzą braki w technice.

Chyba gdzieś na tym fragmencie trasy fotograf z Bikelife wykonał mi tą genialną kwotę, aż się do galerii best off załapałem. Zdjęcie z kategorii "Sam go pcham":)



Źródło: galeria.bikelife.pl

Na szczęście druga część trasy jest już łatwiejsza pod względem podłoża (quite fast and easy, cytując road booka). Odzyskuję wigor i kilka straconych pozycji. Wielką radochę sprawia mi zjazd łąką po trasie narciarskiej. Gdzieś tam przy którymś podjeździe stoi Grzegorz Golonko i wskazując na majaczące po drugiej stronie Kotliny szczyty Masywu Śnieżnika mówi: „Dziś to tylko taka rozgrzeweczka, jutro dostaniecie w d.”J.
Już w Czechach, na szybkim fragmencie z czerwonego tłucznia, jadę przez chwilę po zmianach z dwoma Hiszpanami, a właściwie Katalończykami.

Na ostatni bufet dojeżdżam razem z Jarkiem Wójcikiem w momencie kiedy właśnie rusza z niego zaprzyjaźniony team z Chodzieży. Z Olkiem Prusem do tej pory w tym sezonie wygrywałem więc byłem zdziwiony kiedy wcześniej na trasie mnie dogonili a następnie podyktowali tak ostre tempo pod górę, że puściłem koło.

Tak więc, widząc ich teraz tak blisko, szybko uzupełniam bidon, wgryzam się w arbuza, biorę garść suszu do łapy i ruszam w pościg. Jedno co mnie niepokoi to dziwny dźwięk wydawany przez napęd. Wcześniejsze cykanie od pewnego czasu zmieniło się w coś znacznie bardziej złowrogiego...

No i masz! Jak nie jebnie nagle coś pod butem. Zerwany łańcuch, ale żeby tylko... Niestety strzelił też hakL Pierwsza myśl - no to koniec. Do mety jeszcze jakieś 20 km, jest 14:30, nie dojdę przed 18. Ale zaraz zaraz - mam skuwacz, od Katalończyka pożyczam imbus, żeby odkręcić przerzutkę, od innego kolarza spinkę. Teraz tylko pozostaje spiąć łańcuch na krótko, na możliwie uniwersalnego single-speeda. Problem w tym, że nigdy w życiu tego nie robiłem. Pierwsze próby są kiepskie, łańcuch nie jest odpowiednio napięty i przeskakuje na koronkach kasety albo spada. Fuck! W końcu, metodą prób i błędów, po poluzowaniu tylnego koła, udaje się naciągnąć korbą łańcuch na przełożenie 32x16. Trochę twardo ale nic już nie poradzę, za bardzo skróciłem łańcuch. W międzyczasie wyprzedziło mnie pewnie z 50 kolarzy, w tym Mariusz, który słysząc, że urwałem hak zaklął „K..., ale pech!”. Racja, pech.

Mogę jechać - gdy jest bardziej stromo staję na pedałach, gdy stromizna jeszcze się zwiększa, muszę zejść i prowadzić. Widząc to, jeden dowcipniś z zagranicy rzuca do mnie: „Hej, mister strong”. O, ty kutasie. Pomściłem, wyprzedzając barana kawałek dalej i rzucając: „Maybe not strong but stronger than you”J.

Na szczęście większość z blisko 20 km do mety to już raczej zjazd, na początku techniczny potem ostry po łące, więc nawet nie trzeba dokręcać. Najgorsze jest ostatnie 5-6 km, lekko w dół, ja mielę jak osioł na kadencji pewnie 110 a i tak jadę 26 km/h. Tak czy inaczej, nikt mnie już nie dogania i na metę wjeżdżam jako drugi z teamu, tylko 16 min. za Kłosiem. Strata wydaje się być do odrobienia. Patrząc na wyniki tych, z którymi jechałem w momencie defektu, cała ta zabawa kosztowała mnie jakieś 35 minut.

Bardziej martwi mnie sprawa haka ale okazuje się, że czescy mechanicy mają wszystko. Oczywiście trzeba też wymienić łańcuch i kasetę ale najważniejsze, że mogę jechać dalej. Kurs u Czechów wysoki (10 koron = 2 zł.) ale i tak są wielcy, poza tym to przecież nie kantor a całą robociznę odwalają gratis, szybko, profesjonalnie i bez marudzenia.
Fajnie się na nich patrzy popijając piwko:)


Good bikes!


Kategoria Góry, Maraton, 50-100